Wywiad: Adam Milwiw-Baron

Niewiele mamy w naszym kraju miejsc, w których można kształcić umiejętności w dziedzinie produkcji muzycznej. Wyróżnia się na tym tle Szkoła Muzyki Nowoczesnej we Wrocławiu, której założycielem jest Adam Milwiw-Baron – producent muzyczny, kompozytor, na co dzień muzyk zespołu Pink Freud. O jego ścieżce muzycznej, systemie edukacji oraz zarządzaniu jedyną w Polsce szkołą produkcji muzycznej przeczytacie w wywiadzie przeprowadzonym przez Piotra Kardasa.

Muzyka była w twoim życiu od zawsze?

Tak, muzyka była od zawsze w moim życiu. Byłem dzieckiem, które ciągle w coś stukało, chodziło i śpiewało. Dźwięk to była taka tkanka, która mocno oddziaływała na moje zmysły.

Czy muzyka taty miała wpływ na twoje zainteresowania?

Gdy byłem mały, to muzyka taty była dla mnie jakimś totalnym abstraktem, ale muzyka zawsze była w domu obecna. Mieliśmy z bratem czerwony adapter i płyty z piosenkami Fasolek i różnymi słuchowiskami. Puszczaliśmy je z babcią. Robiliśmy sobie zestawy perkusyjne ze wszelkiego rodzaju misek, których w tamtych czasach, na początku lat 80., nie mieliśmy w nadmiarze, i mama się zawsze trochę denerwowała, gdy taka miska pękała. Później, gdzieś na początku podstawówki, dostaliśmy od taty malutki magnetofon kasetowy z możliwością nagrywania – Panasonic. To na nim więc odbywały się jakieś pierwsze próby rejestracyjne. Tak naprawdę tworzenie muzyki zaczęło się w momencie, gdy z bratem bardziej świadomie podchodziliśmy do tematu abstrakcyjnej materii – muzyki. Było to na przełomie podstawówki i liceum. Pamiętam kupowanie jakichś starych gitar z komisu. Mimo że brat uczył się wtedy gry na saksofonie, a ja na trąbce, to ciągnęło nas do gitar. Nie wiem czemu. Może dlatego, że gitara to ikona pewnego buntu, narzędzie rewolucji? W końcu gitarę trzyma się tak jak karabin i zupełnie inaczej oddziałuje to na faceta niż trąbka czy saksofon. A więc od gitar się zaczęło. Później było słuchanie już konkretnych rzeczy, wyszukiwanie nowych inspirujących gatunków muzycznych. No i mieliśmy nowy radiomagnetofon dwukasetowy z wejściem mikrofonowym.

Można było nagrywać.

Rzeczywiście, można było przegrywać z jednej kasety na drugą i przez mikrofon nagrywać trzecią partię. Wiadomo, że po sześciu przegraniach z kasety na kasetę te początkowe partie bardzo cierpiały na jakości, ale można było składać w ten sposób pierwsze wielośladowe „nagrywki”. Po drodze pojawił się jeszcze syntezator Casio CZ1000 czy coś takiego – stara maszyna z rzadką syntezą PD. Na nim odbywało się pierwsze klepanie bitów z ręki.

Czy to było oczywiste, że będziesz edukował się w kierunku muzycznym?

Nie, po drodze chciałem zostać lekarzem, informatykiem i nawet byłem na egzaminach wstępnych do wyższej szkoły oficerskiej (śmiech). Miałem dużo różnych pomysłów.

Ale kończyłeś szkoły muzyczne?

Tak, skończyłem podstawówkę muzyczną i liceum muzyczne im. Karola Szymanowskiego we Wrocławiu. Później wylądowałem na studiach, też im. Karola Szymanowskiego, ale w Katowicach, na wydziale jazzu na trąbce.

Dlaczego trąbka?

W czwartej klasie szkoły podstawowej poczułem, że nie chcę grać tylko na fortepianie, ale też na jakimś innym instrumencie. Bardzo mi się wtedy podobały trąbka oraz puzon. Tata powiedział: „Adam, trąbka!”. Ja powiedziałem: „OK, nie ma sprawy”, za co mu bardzo dziękuję (śmiech).

Przechodziłeś przez wszystkie szczeble edukacji muzycznej, aż zostałeś magistrem sztuki. Czego ci brakowało w publicznym systemie edukacji?

Przede wszystkim tego, że muzyka, którą się pasjonowałem i której słuchałem, była nieobecna w murach i klasach, gdzie odbywałem edukację. Nie mogłem się nauczyć takiej muzyki, którą chciałem grać i kochałem najbardziej. To nie znaczy, że nie lubię muzyki klasycznej czy jazzu, bo je uwielbiam, natomiast muzyka elektroniczna czy – nazwijmy to roboczo – hybrydowa, czyli elektroakustyczna, była w zasadzie nieobecna.

Gdzie zatem jej szukałeś?

To był głównie czas tworzenia się zespołu Miloopa. A także czasy, kiedy graliśmy na żywych instrumentach modulowanych przez różne efekty i na komputerach stacjonarnych z monitorami CRT – takimi wielkimi żarówkami. Jeździliśmy na koncerty z myszką, klawiaturą i trąbką obok. Wszystko było podłączone przez gniazdo mikrofonowe bezpośrednio w karcie w komputerze, gdyż nie było sprzętu i interfejsów, które gwarantowałyby lepszą jakość i komfort użytkowania. W moim życiu były wtedy różne eksperymenty związane z muzyką klubową. Pierwsze Eklektik Sessions graliśmy w nieistniejącym już klubie Droga do Mekki. To były udane, fajne i dające dużo radości inicjatywy. Takie drum’n’basowe jam sessions. W tamtym okresie współpracowałem też z duetem producenckim Niewinni Czarodzieje, czyli śp. Maceo i Envee. Do tego gościnne występy wśród zespołów, które tworzyły w takim elektroakustycznym klimacie, czyli np. z Kanałem Audytywnym. To był ten poligon, na którym wraz z moimi przyjaciółmi zdobywaliśmy praktyczną wiedzę – metodą prób i błędów. Błędów było dużo, ale prób jeszcze więcej, więc rezultat był dodatni (śmiech).

Przyszedł taki moment, że chciałeś mieć własne studio nagraniowe?

Zawsze marzyliśmy z bratem o studiu. Jeździliśmy np. do Norwegii pracować na budowie, po to żeby zarobić na instrumenty. Brat zbierał na pierwszy wzmacniacz Mesy, ja na sampler i studia. Zawsze między słowami i między maźnięciami pędzlem pojawiał się pomysł, żeby zrobić własne studio – centrum dowodzenia wszystkim. Taka była koncepcja.

Gdzie powstało studio?

Bardziej pracownia muzyczna. Patrząc na zdjęcia Capitol Records czy Abbey Road, trudno to nazwać studiem, ale jest to na pewno miejsce, w którym powstało kilkanaście płyt, kilka zostało też zmiksowanych i wyprodukowanych. Znajduje się w piwnicy mojego domu rodzinnego i nazywa Piwnica pod Baronami. Rodzina mieszkała na parterze, a piwnica była pod nami, dlatego mój dziadek, śp. Adam Baron, tak to nazwał. Swego czasu było to miejsce, gdzie spotykała się wrocławska bohema, wielu artystów było częstymi bywalcami. Działy się tam ciekawe, fajne i kreatywne rzeczy. Jak widać, miejsce na pracownię muzyczną idealne.

Kiedy zacząłeś prowadzić warsztaty z produkcji muzycznej?

Przyszedł moment, kiedy wielu ludzi pytało mnie, jak robić pewne rzeczy, i prosiło, żeby podzielić się tą wiedzą, którą samemu wydarłem spomiędzy kabli i spalonych mikrofonów (śmiech). To nie był jeszcze czas, gdy pomyślałem o tym, żeby to jakoś zinstytucjonalizować i zebrać do kupy w formie szkoły, jednakże już wtedy faktycznie jakąś wiedzą się dzieliłem. Tak naprawdę moment, kiedy zacząłem udzielać się dydaktycznie, nadszedł wtedy, gdy sam szukałem formy dokształcenia siebie. Znalazłem ofertę szkoły realizacji dźwięku we Wrocławiu, ale jak ją przeczytałem, to stwierdziłem, że to ja mógłbym tam uczyć. Wysłałem więc list motywacyjny i przyjęto mnie od razu. Uczyłem tam przez jakiś czas, lecz to nie było miejsce, w którym sam chciałbym się uczyć, będąc na początku nauki produkcji muzycznej. Po jakimś czasie stwierdziłem, że chcę to zrobić samemu i w taki sposób, jakiego oczekują ludzie, którzy pragną do takiej szkoły uczęszczać.

Zanim jednak powstała szkoła, prowadziłeś cykliczne warsztaty właśnie w Piwnicy pod Baronami.

Tak, od tego się zaczęło. Prowadziłem je z moimi przyjaciółmi, czyli Wojtkiem Orszewskim, gitarzystą z Miloopy, z którym stawiałem pierwsze muzyczne kroki, i Pawłem Konikiewiczem, pianistą, kolegą z liceum muzycznego. Okazało się, że jest bardzo dużo ludzi, którzy chcą się uczyć produkcji muzycznej, inwestować w swój rozwój pieniądze i chodzić na zajęcia. Nasi pierwsi słuchacze byli bardzo zadowoleni. Z tego narodziły się bardzo fajne znajomości, które trwają do dzisiaj i pozwalają nam rozwijać SMN. Z wieloma naszymi byłymi słuchaczami współpracujemy do dziś na różnych płaszczyznach.

To były podwaliny pod stworzenie Szkoły Muzyki Nowoczesnej?

Pomysł na zrobienie tej szkoły cały czas gdzieś był z tyłu głowy. Gdy miałem osiemnaście lat, chciałem się zapisać do tego typu szkoły, ale w Polsce taka nie funkcjonowała, a zagraniczne były za drogie. Po osiemnastu latach od tego momentu dalej nie było takiej szkoły w Polsce. Ewidentnie ktoś coś gdzieś przegapił. Zauważyłem równocześnie, że formuła warsztatów w piwnicy nam nie wystarcza. Nie byliśmy w stanie zrealizować programu, który opracowaliśmy w taki sposób, żeby był najbardziej efektywny, więc podjęliśmy z moimi przyjaciółmi decyzję, że robimy szkołę z prawdziwego zdarzenia. Ze skromnym budżetem i dzięki własnej pracy udało nam się stworzyć miejsce, w którym zgrupowana jest masa pięknych ludzi, którzy pasjonują się muzyką. Co najważniejsze, tymi ludźmi są zarówno słuchacze, jak i nauczyciele. To dla mnie ważne, aby to miejsce przyciągało osoby, które rzeczywiście kochają muzykę i jej tworzenie. Mają tę wrażliwość muzyczną. Równocześnie ważne jest, aby było to miejsce, w którym niczego nie brakuje, również od strony zaplecza sprzętowego, które pozwoli na zrealizowanie większości muzycznych pomysłów, jakie przyjdą do głowy. Żeby słuchacze mieli dostęp do niego, kiedy tylko chcą, tak aby spełniali swoje marzenia, nie mając tego sprzętu w domu na co dzień. Dzięki temu nauczyciele mogą w komforcie i kreatywnej atmosferze realizować swój program nauczania, mając do dyspozycji każdy typ sprzętu, jaki jest dzisiaj na rynku w użyciu.

Na co postawiłeś od samego początku?

Postawiłem na spełnianie marzeń i nieograniczanie ich nikomu. Mamy trzy pracownie muzyczne w pełni wyposażone. Każda z nich ma monitory odsłuchowe, mikrofon, interfejs, kontrolery, instrumenty analogowe oraz cały zestaw instrumentów wirtualnych. W większości pracowni stoją interfejsy Universal Audio Apollo z kolekcją wtyczek UAD-2, które dają możliwość zdobywania umiejętności w używaniu urządzeń analogowych i poznawania ich typów. Mamy masę instrumentów elektronicznych, do tego dwa studia nagrań. Jedno przeznaczone do nagrań typu sound design i udźwiękowiania. Drugie jest większe – mamy w nim prawie stumetrowy liveroom, który pomieści orkiestrę kameralną i isolation booth. Jest tam 38 topowych analogowych preampów, możemy nagrać w zasadzie wszystko, co nam przyjdzie do głowy. Mamy też salę komputerową wyposażoną w 10 komputerów iMac, kontrolerów Ableton Push z interfejsami Focusrite i słuchawkami KRK. Na każdym komputerze w szkole znajduje się pełna wersja Logica i Abletona.

Czy wszystkie pomieszczenia są dostępne dla słuchaczy?

Tak. Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek marzył o tym, żeby mieć pracownię muzyczną wyposażoną w sprzęt z najwyższej półki, to te pracownie są u nas w szkole. Są dostępne. Są po to, żeby słuchacze nie musieli marnować czasu na zarabianie pieniędzy na sprzęt, bo ten sprzęt jest tutaj. Niech przyjdą do szkoły, niech zdobywają wiedzę i o miejsce do pracy się nie martwią.

Na co kładziesz nacisk w kształceniu?

Przede wszystkim na to, żeby rozbudzać entuzjazm w pracy nad muzyką. Chodzi o to, żeby słuchacze zobaczyli, że skoro taki stary gość jak ja dalej ma radochę z robienia nawet prostych rzeczy i z tego, że słyszy dźwięki, czyli drgające powietrze wokół siebie, to oni też mogą zarazić się tym sposobem poznawania i odczuwania świata. Aby dźwięki, które do nich trafiają, wywoływały u nich radość i mobilizowały do kreatywnej, twórczej pracy. Przykładam wagę do naturalnego stymulowania tej kreatywności. Do tego nacisk musi być postawiony głównie na samorozwój, na pracę. Bardzo często powtarzam, że ja nikogo niczego nie nauczę, mogę tylko pokazać, jak można się o wiele szybciej nauczyć tego, czego się pragnie. Mogę pokazać ślepe zaułki, w które nie trzeba wchodzić, bo ja już w nie wlazłem, a to zawsze skutkowało albo straconym czasem, albo zniszczonym sprzętem.

Jakich przedmiotów może się spodziewać osoba, która będzie chciała zostać waszym słuchaczem?

W samej Policealnej Szkole Produkcji Muzycznej są to przedmioty związane bezpośrednio z tworzeniem muzyki, czyli produkcja muzyczna plus ćwiczenia. Do tego technika produkcji muzycznej, miks i mastering, udźwiękowienie i reprodukcja utworów muzycznych oraz synteza dźwięku i profesjonalny sprzęt nagraniowy, czyli przedmiot, który pozwala obcować z różnymi rodzajami nowoczesnych sprzętów wykorzystywanych w studiu nagraniowym, a także porównywać je. Dodatkowo homerecording, czyli coś, co do tej pory było traktowane z przymrużeniem oka, a powoli staje się w pewien sposób standardem w branży. Są też przedmioty teoretyczne związane z tym, że muzyka ma swój własny język, czyli teoria muzyki i kształcenie słuchu, jak również zajęcia z fortepianu, żeby móc tę wiedzę przekuć w czyny. Język angielski branżowy jest realizowany w taki sposób, że słuchacze uczą się na nim obsługi sprzętu, tłumacząc instrukcje obsługi, książki i podręczniki do nauki Abletona czy oglądając filmy dokumentalne o powstawaniu różnych gatunków muzycznych lub instrumentów. Jest też historia muzyki nowoczesnej i produkcji muzycznej, czyli analizowanie utworów w formie audycji muzycznych; swego rodzaju wdrapywanie się po konarze muzycznego drzewa genealogicznego, którego gałąź rosła przez ostatnie 120 lat. To rozjaśnia bardzo wiele odnośnie do samych szczegółów stylistycznych pomiędzy gatunkami muzycznymi. Są też takie przedmioty jak prawo i promocja w branży muzycznej – o tym, jak młody artysta może zaprezentować swoją twórczość, jakie są kanały dystrybucji informacji o niej, które z nich są efektywne, a które nie. Fundamenty z prawa autorskiego i ochrony wartości intelektualnej to coś, z czym każdy artysta na pewno będzie się spotykał, a tego za bardzo nie ma gdzie się nauczyć. Zresztą prawo też jest nowelizowane i trzeba być z tym na bieżąco. Mamy też przedmiot o nazwie psychologia efektywności zawodowej – to temat często pomijany, lecz kluczowy, gdyż będziemy pracować z innymi muzykami, czy to jako realizatorzy lub producenci muzyczni, czy jako członkowie własnego zespołu. Przecież najfajniejsze w muzyce jest to, że to zabawa zespołowa.

Za pół roku wyjdą ze szkoły pierwsi absolwenci. Kim są słuchacze?

Słuchacze są bardzo różni. Są osoby, które przyszły rozwinąć swój warsztat typowo producencki, czyli kreatywny. Są osoby, które stawiają mocno na realizację nagrań, czyli – tak to nazwijmy – studyjny aspekt pracy z muzyką nowoczesną. Są też osoby, które po prostu kochają muzykę i przyszły do szkoły dowiedzieć się, jak ona jest robiona; jak to wygląda po podniesieniu maski silnika. Nie wiążą swojej przyszłości z pracą w branży, bo są np. filmowcami albo fotografikami, których po prostu ciekawi muzyczny proces twórczy. Nasi uczniowie mają od osiemnastu do czterdziestu kilku lat. Pochodzą z bardzo różnych miejsc w całej Polsce. Mamy też słuchaczy z Berlina, Oslo i jedną słuchaczkę z Austrii. To jest naprawdę miłe wiedzieć, że z całej Europy przyjeżdżają Polacy, żeby uczyć się w takiej szkole w swoim rodzimym kraju. Tak jak mówiłeś, po tym semestrze, który będzie się kończył latem 2018 roku, wyjdą pierwsi absolwenci i będą mieli możliwość przystąpienia do egzaminu zawodowego – po to, aby uzyskać tytuł technika realizacji dźwięku. To jest państwowy tytuł zawodowy ze specjalizacją montaż nagrań i realizacja nagrań.

Kim są nauczyciele?

To ludzie, którzy fascynują mnie miłością do muzyki, którzy oprócz tego, że mają wiedzę na jej temat, to wykorzystują ją w praktyce. Są twórcami, nagrywają płyty, miksują, produkują, koncertują, piszą książki o muzyce, opracowują nowe urządzenia i projektują nowe instrumenty do tworzenia muzyki. Przede wszystkim jest to grupa, która kipi muzyczną kreatywnością i są niesamowicie autentyczni. Nasza szkoła jest miejscem, gdzie znajdziesz tylko ludzi, którzy są prawdziwi w tym swoim graniu i w zabawie z muzyką. Tu nie spotkasz teoretyków z wypasionym wykształceniem. Muzykę trzeba grać, trzeba ją wypychać z głośników czy strun swojego instrumentu. Znajdziemy wśród naszej kadry wybitnych instrumentalistów, producentów, mikserów, sound designerów. Są to m.in. Jacek Miłaszewski, Kuba Sojka, Konrad Belina-Brzozowski, Wojtek Orszewski, Marek Pędziwiatr, Piotr Kardas, Mikołaj Ferenc, Grzegorz Turczyński, Paweł Konikiewicz i kilka innych cudnych osób. Wszyscy są ludźmi, którzy bardzo mnie inspirują.

Co się dzieje aktualnie w szkole?

W tym momencie oprócz sesji egzaminacyjnych na koniec semestru ruszyliśmy z rekrutacją na kolejny semestr rozpoczynający się w lutym. Każdą osobę, która kiedykolwiek zastanawiała się, jak muzyka jest tworzona, albo sama tworzy już muzykę i chce wiedzieć, jak wydobyć z siebie pokłady kreatywności i rozwinąć warsztat, gorąco zachęcam do tego, aby odwiedziła szkołę i została naszym słuchaczem. Muszę tu zaznaczyć, że każdy słuchacz ma dostęp do całego zaplecza sprzętowego szkoły. To jedyne w ten sposób zorganizowane i tak wyposażone miejsce w Polsce, oddane słuchaczom do dyspozycji całkowicie za darmo poprzez system internetowych rezerwacji.

Jakie masz plany rozbudowy szkoły?

Oczywiste jest, że będziemy rozwijać szkołę. Chcemy, żeby sprzętu było jeszcze więcej oraz żeby dostęp do niego był ułatwiony. Będziemy zwiększać liczbę pracowni muzycznych, które umożliwią trening i rozwój naszym słuchaczom. Drugą, ale w zasadzie najważniejszą rzeczą jest to, że zaczęliśmy bardzo dużo inicjatyw, które dzieją się poza murami naszej szkoły. Jedną z nich jest WaxEaters Beat Session, czyli wydarzenie przeznaczone dla beatmakerów działających w stylistyce hip-hopu. Drugie wydarzenie to Synth Attack, związane przede wszystkim z muzyką elektroniczną i hardware’owymi nowoczesnymi instrumentami. Mowa tu o syntezatorach. Razem z firmami AudioTech, Novation, Arturia i Teenage Engineering zrobiliśmy już dwie takie trasy po Polsce. Opinie były na tyle entuzjastyczne, że niedługo będzie kolejna. Warto śledzić naszą aktywność na FB, gdyż na pewno będziemy organizować ją na przełomie zimy i wiosny w kilku miastach w Polsce. Do tego dochodzi masa warsztatów otwartych, które promują nowoczesne środki wyrazu i nowoczesne środki twórcze wśród przedszkoli i szkół, żeby uwrażliwić dzieci i młodzież na muzykę, pokazać im, że muzyka nie bierze się sama z siebie, jak to wielu sądzi. Nie wystarczy odpalić aplikacji z grooveboxem na smartfonie, wcisnąć play i mieć muzykę. Ta muzyka, której słuchamy w radiu, na koncertach i imprezach, to skomplikowany proces twórczy. Często może być oparty na bardzo prostym pomyśle, lecz to jednak proces, który składa się z wielu ciekawych szczegółów i aspektów. Wiedza ta uwrażliwia człowieka i pozwala patrzeć na świat muzyki w trochę inny sposób; zwracać większą uwagę na zjawiska, które dzieją się wokół niego, które na co dzień wydają się oczywiste, ale wcale takie nie są, bo skądś się biorą. Chodzi o rozwój świadomego słuchania.

Czego sobie życzysz w 2018 roku?

Życzę sobie tego, aby na świecie panowały miłość i pokój. Żeby nie było wojen, żeby ludzie się kochali i szanowali. Żeby nie narzucali się innym. Nie muszą być równi, mają być wolni.

To ja życzę ci, żebyś miał nadal dużo energii. Zarażaj nią innych ludzi.

Dziękuję!

Rozmawiał Piotr Kardas.

*zdjęcia udostępnił Adam Milwiw-Baron
Piotr Kardas

Homerecordingowiec, instrumentalista. Autor książek „Homerecording Dla Każdego” i „Homerecording Level Up”. Posiada międzynarodowy certyfikat firmy Apple z programu Logic Pro. Jest wykładowcą w Szkole Muzyki Nowoczesnej we Wrocławiu.

Komentarzy (1)

  1. fayemccree napisał(a):

    I’m very һappy to find this website. I need to to thank you for your time due to this
    fantɑstic read!! I definitely ⅼiked eѵery little Ьit of
    it and Ӏ have you bookmarked to see new things in your ѕite.

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *