Wywiad: Patrick The Pan | Homerecording Dla Każdego

Wywiad: Patrick The Pan

Patrick The Pan to autorski projekt Piotra Madeja – zagorzałego homerecordingowca, który udowodnił, że pomimo skromnego wyposażenia, ale za to z podejściem pełnym pasji do muzyki da się stworzyć w domowych warunkach materiał doceniany przez krytyków. Wytwórnia Kayax wyda niebawem już trzeci album Piotra Madeja. O jego inspirującej historii, metodyce pracy oraz ulubionych narzędziach przeczytacie w rozmowie przeprowadzonej przez Piotra Kardasa podczas ich spotkania pewnego słonecznego dnia na krakowskim rynku.

Jak to się zaczęło?

Muzyka zawsze we mnie siedziała. Mój tata był DJ-em, od małego częstował mnie Pink Floydami, Beatlesami, wszystkim, co dobre, i zakorzeniał we mnie miłość do muzyki. Od zawsze słuchałem dużo, a na szesnaste urodziny dostałem gitarę klasyczną. Nie marzyłem o niej, ale pomyślałem: kurde, super! Tata pokazał mi pierwsze chwyty i bardzo polubiłem się z tym instrumentem. Przez pierwsze 2–3 lata mocno młóciłem na gitarze. Nie jestem i nigdy nie byłem wirtuozem gitary, ale kiedy nauczyłem się grać każdą ulubioną piosenkę i stałem się nieco bardziej świadomym gitarzystą zacząłem sam tworzyć i zdałem sobie sprawę, że czerpię z tego o wiele większą przyjemność niż z grania coverów. Początkowo rzeźbiłem do szuflady, było to na długo przed tym, jak powstał pomysł na zrobienie płyty.

To był moment, w którym zrodziła się pasja?

Trochę pomogło w tym złamane serce w liceum przez kobietę. Uznałem, że chcę podarować jej piosenkę na walentynki. Musiałem ją wręczyć, a nie zagrać, a więc trzeba było jakoś ją zarejestrować. Znalazłem w szufladzie mikrofon nagłowny, taki do czatów lub grania przez neta. Nałożyłem go na gitarę a pałąk zagiąłem do pudła. Mam to nagranie do dzisiaj i uważam, że jak na gadżet za 20 zł to gitara została bardzo fajnie nagrana. Z piosenki-walentynki nic nie wyszło – serce pozostało złamane, ale zrodziła się pasja, a przynamniej pociąg do nagrywania. Zacząłem się coraz bardziej interesować tworzeniem. To były czasy, kiedy interfejsy się jeszcze rodziły. Pamiętam, jak wyszedł Line 6 UX1 za jakieś 400 zł. Dla gościa w liceum to była kasa nie do pomyślenia.

Wtedy dopiero internet się rozwijał, nie mieliśmy w ogóle świadomości, że istnieje coś takiego jak sprzęt do uprawiania homerecordingu. Pamiętasz swój pierwszy sprzęt audio?

Najpierw tata pożyczył się od znajomego jakiś mały mikser. Nagrywałem jeszcze na Cool Edit Pro. Kompletnie zero wiedzy. Tak jak mówisz, to były czasy, kiedy internet dopiero zyskiwał na popularności, nie mówiąc o jakichkolwiek stronach na temat homerecordingu. Wszyscy działali na czuja, w tym ja, i jedynie w wolnych chwilach między szkołą a pozostałymi młodocianymi sprawami. Później tata sprawił mi mikser Soundcraft Compact 4 trzymam go zresztą do dzisiaj. Miałem jeszcze jakiś mikrofon dynamiczny, podróbka SM58. W ten sposób nagrywałem pierwsze piosenki.

Cały czas dla siebie?

Tak. Później, gdy miałem już gitarę elektryczną, przyszedł wielki moment: dostałem tę UX1 i to była rewolucja. Wpinasz gitarę i gra. Był do tego soft o nazwie Gearbox, czyli cały pedalboard w wersji cyfrowej.

Nie trzeba mieć wzmacniacza, a możesz wykręcać różne brzmienia.

Tak. Teraz, z perspektywy czasu, widzę, że to nie były dobre brzmienia, ale kilka fajnych rzeczy mi się podobało.

Na pewno inspirowały?

Zdecydowanie. Dla kogoś, kto nie ma kasy, żeby zbudować sobie prawdziwą podłogę, i dostaje coś takiego, rozwiązuje to niektóre problemy. Ten Gearbox jest na pierwszej płycie, dużo brzmień z niego wykorzystałem. Później co prawda kupiłem sobie mikrofon pojemnościowy, ale nagrywałem na nim rzeczy raczej do szuflady. W którymś momencie znalazłem zestaw sE Electronic, w którym jest mikrofon, koszyczek i reflection filter. Uznałem, że do domowych nagrań to jest to. W mojej głowie powoli kiełkowało marzenie, żeby nagrać płytę. Nie wyobrażałem sobie jednak, żeby ze swoimi pomysłami iść do studia. Raz – że pieniądze. Dwa – byłem na tej płaszczyźnie dosyć nieśmiały. Niespecjalnie chwaliłem się, że coś takiego robię. A więc wstyd, brak budżetu i trochę też wiary w potencjał tych piosenek sprawił, że nagranie czegokolwiek w profesjonalnym studiu bardzo szybko zostało odrzucone. Musiałem to zrobić sam w domowym zaciszu.

Systematycznie rozbudowywałeś swoje domowe studio?

Długie lata je budowałem i w sumie do dziś to robię. Zbierałem na gitarę, lepszy mikrofon, kartę, kable, słuchawki itd. Po drodze cały czas nagrywałem piosenki. Ich jakość nie była dla mnie tak ważna jak wolność i swoboda, którą dawała mi praca we własnym domu. Czekałem na moment, kiedy poczuję, że mam wszystko, że mogę zacząć. Ale było też w tym dużo prokrastynacji. Wtedy już studiowałem i pracowałem. Z perspektywy czasu widzę, że trochę żyłem świadomością, że za tydzień w środę i czwartek mam wolne, to sobie coś nagram. To mnie napędzało – perspektywa, że niedługo będę miał chwilkę wolnego by coś nagrać. Ale jak przychodził ten dzień, to pojawiał się paraliżujący strach, że nadszedł ten dzień, a ja nic nie czuję. Tak mijały dosłownie lata.

Kiedy nastąpił przełom?

Kiedy straciłem pracę. Pracowałem w skateshopie. Żeby było śmiesznie: tutaj naprzeciwko. Obudziłem się wtedy. Stwierdziłem, że mam kasę, żeby przeżyć nawet kilka miesięcy, zanim znajdę coś nowego. Mam sprzęt, który przez tyle lat zbierałem. I co najważniejsze – mam czas. Pamiętam, że to była końcówka września. Czułem jak nigdy, że to ten moment, kiedy powinienem się za to wziąć. Powiedziałem sobie, że poświęcam się temu do końca roku.

I tak powstała pierwsza płyta?

Tak. Dzień w dzień siedziałem. Sam sobie dałem dwa miesiące wakacji, aby spełnić marzenie, które kiełkowało od 6–7 lat. No i poszło.

Pamiętasz, jak mijały dni, jak przebiegała praca?

Miałem nastawiony rano budzik. Nauczyłem się też wtedy pić kawę, której do tej pory nie piłem. Pamiętam, że trwał wtedy remont bloku w którym mieszkam i na zewnątrz było głośno od rana do 16. To uniemożliwiało mi nagrania mikrofonem, więc od rana do 16 czyściłem sesje, edytowałem, lub nagrywałem rzeczy które szły „po linii” a od 16 nagrywałem gitary, wokale itp. Tych edycji było naprawdę dużo – pracowałem według schematu, który zakorzenił się w mojej głowie po odbyciu kilku miesięcy praktyk w studiu u Jarka Barana w studiu Gorycki i Sznyterman. To był pierwszy profesjonalny realizator dźwięku i producent, jakiego poznałem. Jako jego asystent musiałem się nauczyć Cubase’a. Robiłem najgorszą robotę, czyli równałem sesje, edytowałem i czyściłem ślady. Nie wiem jak dziś, ale wtedy Jarek miał bardzo „nazistowskie” podejście do edycji. Wszystko musiało być równiuteńko, do siatki tempa, każdy wokal czysty, nastrojony, każdy ślad miał mieć fade na początku i na końcu i jako jego asystent, ja się tym zajmowałem. Doszedłem wtedy do niezłej wprawy z tym. Jako, że nie miałem porównania z pracą innych realizatorów, myślałem, że to jedyna poprawna metoda działania i tak samo podchodziłem do swoich piosenek. Każda sesja piosenek z pierwszej płyty była piękna i równa jak od linijki. Nie mówię, że to źle, ale dzisiaj już nie poświęcam tyle czasu na edycję – uważam, że to zabija pierwiastek ludzki w muzyce.

Płytę sam nagrywałeś, edytowałeś i miksowałeś?

Tak. Jak już wspominałem – nie wyobrażałem sobie, by dać to komuś z zewnątrz. Pomijając kwestie finansowe, czułem, że muszę to zrobić sam od zera. Łatwo nie było – to był właściwie pierwszy raz w moim życiu, kiedy na serio coś miksowałem. Wiedziałem, czym jest miks, ale nie wiedziałem, z czym to się je, od czego zaczyna. Jarek Baran nie bardzo dopuszczał mnie do tego etapu. Miksowałem na czuja, metodą prób i błędów. Jak czegoś nie wiedziałem, to szukałem w necie. Po prostu błądziłem i rzeźbiłem na zmianę. No i jakoś się udało.

I faktycznie udało Ci się skończyć nagrywanie płyty w dwa miesiące?

Tak. Miałem deadline, do którego podchodziłem bardzo poważnie. Cała płyta nagrana samemu w dwa miesiące to ciężki wyczyn, ale nie niemożliwy. Z każdą piosenką nabierałem co raz lepszego flow. Z Cubase’em byłem już za pan brat. Poza tym tyle lat nad tymi kompozycjami myślałem, tyle lat pielęgnowałem to w głowie i wymyślałem każdą partię… W końcu miałem ten czas, o którym tyle marzyłem, więc praca choc ciężka była napędzana wielkim podekscytowaniem.

Materiał wydałeś samodzielnie?

Ostatnie poprawki na płycie zrobiłem 28 grudnia po obiedzie, a wieczorem puściłem to do netu. Zrobiłem wydarzenie na Facebooku i puściłem to na Bandcampa. Płyta była dostępna za darmo, ale okazało się, że jest jakiś limit pobrań na Bandcampie i po czasie musi być licytacja, aby móc pobrać materiał. Wydarzenie na Facebooku zaczęło szybko zyskiwać na popularności, zapisywały się osoby zupełnie obce. Dostawałem wiadomości prywatne, komentarze od nieznanych ludzi, którzy utożsamiali się z moją muzyką, i pytali, gdzie mogą dostać płytę. A ja płyty przecież nie miałem, tylko MP3. Ludzie byli skorzy zapłacić za moją muzykę w wersji fizycznej, więc bardzo szybko podjąłem decyzję o tłoczeniu. Łącznie własnym sumptem wytłoczyliśmy niecały tysiak egzemplarzy.

Jak promowałeś ten materiał?

Prócz Facebooka i Bandcampa na początku nie robiłem nic. Rozchodziło się to pocztą pantoflową. Zaczęli się sami pojawiać dobrzy ludzie, którzy mi pomagali na rożne sposoby, doradzali, podawali dalej. Od jednego dziennikarza np. dostałem na przykład listę osób i miejsc, do których warto wysłać materiał. Wszystko zaczęło rosnąć i przyspieszać – musiałem stworzyć zespół.

Trzeba było zacząć grać koncerty?

Dokładnie. Czwarty koncert w życiu (i pierwszy poza Krakowem) zagrałem na Open’erze. To było niesamowite. Mam taki obrazek, że w namiocie pół godziny później grał Dawid Podsiadło. Nie miałem pojęcia, kto to, co to za muza. Znałem go tylko z nazwiska i wiedziałem, że jest z talentshow. Pamiętam, jak było mi smutno i jaki byłem zły, gdy grałem i widziałem, jak ludzie przechodzą obok mojej sceny, żeby iść na Dawida. Dzisiaj głupio mówić mi o tej nienawiści, ponieważ Dawid bardzo mi pomógł i dzisiaj pomaga.

Jak to się stało, że wylądowałeś w Kayaxie?

Dawid poznał mnie ze swoim zespołem, w tym z Olkiem Świerkotem. Rozmawialiśmy i powiedziałem, że marzy mi się zagrać na Off Festival. Olek powiedział, że zna Artura Rojka, i dał mi do niego maila. Napisałem do niego i po pół godziny dostałem odpowiedź, że super projekt itp.A pół roku później odezwał się do mnie Kayax i okazało się, że właśnie Artur Rojek mnie im polecił. Fakt, że Kayax sam się do mnie odezwał, był czymś niesamowitym. Byłem chyba pierwszym artystą bez wielkiego dorobku i nazwiska ani dużej popularności, którego zaprosili do siebie.

Jak podsumowałbyś tamten okres?

Ostatnio były czwarte urodziny pierwszej płyty. Zawsze to celebruję. Napisałem wtedy, że kiedyś robiłem to dla siebie, a dzisiaj robię to dla siebie i dla Was. I to jest piękne. Wiem, że są tam ludzie, którzy czekają, aż znowu coś stworzę. I nieważne, czy to jest pięćdziesiąt, czy parę tysięcy osób.

Druga płytę nagrywałeś już w studio nagraniowym?

Tylko to, co wymagało adaptacji akustycznej i większej ilości mikrofonów, czyli bębny i smyczki. Cała reszta: wokale, gitary, przeszkadzajki itp była nagrana w domu, jak pierwsza płyta –  na jednym mikrofonie od sE Electronics.

Ponownie wszystko robiłeś sam?

Właściwie tak, choć niektóre partie już były zagrane przez muzyków. Np. bębny, kontrabasy, trąbki itp. Choć wiele z tych partii było zagrane pod dużą kontrolą z mojej strony. Mam trochę fetysz kontroli swojej muzyki. To dobre i złe. Przy drugiej płycie również uznałem, że skoro mam budżet od wytwórni, to chciałbym, aby ktoś miksował moją płytę. Wolałem się skupić na pracy kreatywnej, a komuś innemu oddać kwestie techniczne. Namiksowałem się na pierwszej płycie – wystarczy mi. Miksem zajął się Bartek Magdoń, z którym współpraca ułożyła nam się bardzo dobrze.

Dzisiaj, jak pracujesz, to myślisz już projektami? Masz określony cel?

I tak, i nie. Codziennie na czymś gram. Nie ma dnia, żebym nie siedział choćby piętnaście minut przy pianinie, gitarze czy innej zabawce, ale nie zawsze wszystko, co powstaje, idzie z myślą o płycie. Pracuję w teatrze i mogłem tam zrobić muzykę do kilku spektakli, proponowano mi też stworzenie muzyki do reklamy. Mam dużo rzeczy, które są zbyt ilustracyjno-plastyczne, żeby to szło na Patricka. Myślę projektami, ale odpowiednio je kategoryzuję: patrick, film, teatr, dziwadła itp.

A często musisz odpocząć?

Oczywiście. Przede wszystkim od przestrzeni. Trzecia płyta powstaje w tej samej przestrzeni co dwie poprzednie.

Czyli w Twoim pokoju?

Nazywa się to fachowo „salon”. Nazwałem go nawet Miętowy Salon – tak też jest podpisany na płycie. Na co dzień oglądam w nim filmy, jem kolację, a jak trzeba nagrać płytę, to nagrywam w nim płytę. Ładne miejsce, ale czuję, że zaczyna mnie męczyć.

Nie masz problemu z sąsiadami?

Może gdyby był takim Zalewskim, który ma mocny, silny głos i wrzeszczy, to nie nagrałbym w nim wokali, ale ja mam spokojny, delikatny głos. Rzadko krzyczę i na instrumentach też nie naparzam. Na potrzeby swojego projektu ta przestrzeń w pełni daje radę. Przez 5 lat i masę nagranych tam rzeczy, nie tylko moich, jeszcze nigdy żaden sąsiad się nie skarżył.

Bez czego nie wyobrażasz sobie dzisiaj pracy?

Bez pianina. To jest rodzic wszystkich instrumentów. Idealnie wypośrodkowany, zbudowany. Dotykasz i powstaje muza. Na pianie widzę wszystko.

Rozmawialiśmy wcześniej o pierwszych interfejsach, emulacjach. A jak patrzysz na to z perspektywy czasu? Czy każdy amator może zacząć przygodę z tworzeniem muzyki?

Pewnie. To zależy, co jest dla kogo najważniejsze. Bo jeśli ktoś jest fetyszystą dźwięku, dla którego jakość ma najważniejsze znaczenie, to jest pewna granica. Nie bez powodu są studia z mikrofonami za dwadzieścia tysięcy. Jest pewna granica jakości, której nie osiągnie się w domowym studiu, szczególnie jeśli tworzy się muzykę na żywych instrumentach. Bo jeśli jesteś Skrillexem, to nie potrzebujesz wielkiego i drogiego studia. Może ewentualnie po to, żeby przepuścić to przez analogowe klocki.

Co uznajesz za największy atut homerecordingu?

Spokój. Po prostu – brak presji, że musisz pracować, nagrywać, nawet wtedy gdy tego nie czujesz. Jeśli mam wenę na nagrywanie gitar – robię to. Jeśli mam ochotę na drzemkę – również to robię.

Jesteś samoukiem, ale czy uczyłeś się teorii muzyki albo gry na instrumentach od kogoś?

Kiedy moja ręka przyzwyczaiła się do gryfu, kiedy minął najbardziej kaleki okres, poprosiłem rodziców, aby zapisali mnie na lekcje gry na gitarze. Teorii się nie uczyłem. Mój ówczesny nauczyciel pokazał mi jedynie podstawowe skale, pentatonikę itp. Wprowadził mnie w ten świat, chodziłem do niego może pół roku. Można powiedzieć, że trochę otworzył mi oczy na improwizację, z której i tak jestem najgorszy na świecie, ale to właściwe tyle. Później przez lata poznawałem muzykę po swojemu, trochę na czuja. Do wielu rzeczy doszedłem sam. Szczególnie słychać to na pierwszej płycie, gdzie błądzę niemal po omacku.

Jest tam trochę wszystkiego.

Tak. Niby się to nie klei, ale jednak się klei. Natomiast w zeszłym roku – to było moje postanowienie noworoczne – zacząłem brać lekcje u jazzowego pianisty, ponieważ od wielu lat jazz bardzo mnie fascynuje, a przy okazji pianino zaczęło być moim instrumentem nr 1. Bardzo dużo ciekawych rzeczy mi pokazał, szczególnie z podstaw harmonii. Wydaje mi się, że bardzo będzie to słychać na trzeciej płycie. Słychać to już choćby w „Chamie”, który będzie singlem. „Cham” nie jest jazzowy, ale słychać tam zabawę dominantami i harmonią. Słucham dużo jazzu, fascynuje mnie, szczególnie wszystkie te utwory, które uznawane są za standardy jazzowe, wszystkie te bazujące na II-V-I. To jest balsam na moje serce. Piosenka oparta na inteligentnej harmonii, ale wciąż prosta i łatwa w odbiorze. Kiedyś ludzie do tego tańczyli.

A trenujesz na co dzień?

Nie. Nie potrafię. Trenuję tak, że po prostu sobie gram. Nie ćwiczę skal. O ile mój pierwszy nauczyciel pokazał mi kiedyś skale, o tyle nie powiedział najważniejszej dla mnie rzeczy, którą przekazał mi siedem lat później drugi nauczyciel: że na skalach można budować całe piosenki. Dzięki temu zrozumiałem, dlaczego mam dwie piosenki w C-dur, ale idące w różne akordy i dlaczego w ogóle coś takiego się dzieje. To są proste rzeczy, ale ktoś musiał mi to wytłumaczyć.

Co Twoim zdaniem najbardziej wpływa na Twoje końcowe brzmienie?

To ciężkie pytanie, ponieważ cały czas postrzegam swój projekt jako projekt bez brzmienia. Brzmienie na pewno to nie jest ten mikrofon, ta gitara, ten efekt itd. To jest połączenie wszystkiego: pomieszczenia, umiejętności gry, mikrofonów, „ręki” itp. Ale to nie są tylko kwestie techniczne – to również sposób czucia muzyki, harmonii, podejście do konstrukcji piosenki.

Rozbudowujesz cały czas domowe studio?

Tak, to niebezpiecznie wciągające. W zeszłym roku zrobiłem sporo zakupów. Na przykład kupiłem nowy interface RME Fireface 802. Naprawdę poczułem różnicę. Stabilność pracy, przejrzystość preampów i przede wszystkim konwersja cyfrowo-analogowa. Ostatnio też kupiłem pakiet Native Instrument Komplete 10 Ultimate, 3 mikrofony oraz wymarzony syntezator Prophet 08.

Jakbyś miał udzielić rady początkującemu homerecordingowcowi, który chce robić muzykę, ale nie wie, w którą stronę iść, co byś powiedział?

Powiedziałbym, żeby ufał swojej intuicji. Żeby robił to, jak czuje, a nie jak inni robią. „Inaczej” nie znaczy „źle”. „Inaczej” nie znaczy „gorzej”. To jest istotne. To jest największa lekcja, którą wyciągnąłem z pierwszej płyty.

Gdzie siebie widzi Patrick The Pan za kilka lat?

Chciałbym widzieć siebie na takim miejscu, na jakim są dzisiaj Zalewski albo Skubas, mający status artystów z dosyć dużą publicznością w Polsce, których kompletna inność w muzyce została zaakceptowana i pozwala im z tego żyć. Totalnie mi to pasuje. Wiem, że to jest osiągalne. Naprawdę z całego serca w to wierzę. To jest praca na lata (albo jeden dobry singiel :)) ale jestem na to gotowy. Chcę też zacząć rozwijać się jako producent muzyczny. Szczególnie że dostaję impulsy ze świata, że powinienem to robić. Ludzie sami się do mnie zgłaszają. Tak siebie widzę: jako muzyka spełnionego, aktywnego i prosperującego, który przy okazji jest producentem.

I tego Ci życzę!

Dziękuję!

Rozmawiał Piotr Kardas.

*zdjęcia Paulina Wyszyńska
Piotr Kardas

Homerecordingowiec, instrumentalista. Autor książek „Homerecording Dla Każdego”, „Homerecording Level Up” i "Homerecording Hasła". Posiada międzynarodowy certyfikat firmy Apple z programu Logic Pro. W latach 2017-2018 wykładowca w Szkole Muzyki Nowoczesnej we Wrocławiu.